Wzrostu cen w środku lata rozpala nas najbardziej. Kostka masła kosztuje już nawet siedem złotych, a tak zwana osełka 10. Cenowa gorączka nie jest łatwa do wyjaśnienia. Producenci twierdzą, że za masło płacimy w Polsce więcej, bo cieszy się ono ogromnym wzięciem na całym świecie.

Myśl globalnie - płać lokalnie. W przypadku masła ta zasada tego lata sprawdza się nie na 82, a na 100 procent. W chłodnych magazynach Mlekovity w Rzeszowie masło to towar gorący, który natychmiast znika z półek.

Masła w sklepach nie brakuje, ale cena jednej kostki wzrosła nawet o 50 procent. Oferta za mniej niż 6 złotych to dziś promocja. Kilka tygodni temu bywało dwa złote taniej. Konsumenci są zaskoczeni. Wyjaśnienie gwałtownych spadków i wzrostów cen masła nawet ekonomistom przychodzi z trudem. Na rynku globalnym ważna bywa zarówno pogoda w Nowej Zelandii, jak i mleczny popyt w Chinach czy Stanach Zjednoczonych. Polscy handlowcy widzą jedno - masło stało się modne.

Ekonomiści twierdzą, że popyt na wyroby mleczne będzie na świecie coraz większy. Nie tylko w Europie czy Stanach Zjednoczonych, ale w Azji i Afryce również. I może być tak, że ten globalny apetyt odczujemy wszyscy. Rynek bywa jednak nieprzewidywalny. 2 sierpnia cena masła na giełdzie w Nowej Zelandii spadła o 5 procent. Może to oznaczać, że jeszcze tego lata kanapka na śniadanie znów będzie tańsza.