30 czerwca ratownicy medyczni będą pikietować Urzędy Wojewódzkie w całej Polsce, także w Rzeszowie. Ci z Podkarpacia dziś spotkali się z wojewodą, dyrektorem oddziału NFZ, ale przede wszystkim dyrektorami szpitali i stacji pogotowia z całego regionu. Rozmowy trwały jednak tylko niespełna godzinę. Przedstawiciele ratowniczych związków zawodowych wyszli z urzędu po raz kolejny składając na ręce wojewody swoje postulaty.

Na zaproszenie wojewody do Rzeszowa przyjechali dziś przedstawiciele Komitetu Protestacyjnego z całego Podkarpacia. W spotkaniu wzięli też udział dyrektorzy niemal wszystkich placówek medycznych z regionu, które zatrudniają ratowników medycznych, głównie na szpitalnych oddziałach ratunkowych i w tzw. zespołach wyjazdowych karetek pogotowia. Ratownicy pytali miedzy innymi o to, jak szpitale i stacje pogotowia wyobrażają sobie zapowiedzianą przez ministerstwo zdrowia ich współodpowiedzialność za realizację postulatów płacowych protestujących. Ale odpowiedzi nie usłyszeli. Dlatego wyszli ze spotkania.

Na to, by szpitale i stacje pogotowia, niezależnie od zapowiadanej przez ministra zdrowia na 1 lipca podwyżki wynagrodzeń ratowników o 400 złotych brutto, dołożyły drugie tyle z własnych pieniędzy nie ma żadnych szans. Tyle tylko, że ratownicy nie chcą już dłużej czekać. I chcą 800 złotych więcej już teraz. Tym bardziej, że wielu z nich pracuje za minimalną pensję albo po 200-300 godzin miesięcznie. Dlatego już teraz zdecydowali o zaostrzeniu protestu. Ratownicy nie wykluczają protestu głodowego i masowego składania wypowiedzeń. Choć to ostateczność, do której mają nadzieję, że nie dojdzie.

Na razie związkowcy oflagowali i oplakatowali budynki szpitali i stacji pogotowia. Wszystkie karetki jeżdżą do wezwań na sygnałach. Protest trwa od 24 maja, gdy między innymi w Rzeszowie ratownicy po raz pierwszy wyszli na ulice.